Obejrzałam pani wypowiedzi na Wbrew Cenzurze a teraz sprawdzam, jak tu działają komentarze.
Anna Netrebko w Zurychu – Wieczór, który pokazał, że sztuka wciąż potrafi przekonywać
- Home
- Anna Netrebko w Zurychu – Wieczór, który pokazał, że sztuka wciąż potrafi przekonywać
Anna Netrebko w Zurychu – Wieczór, który pokazał, że sztuka wciąż potrafi przekonywać
Anna Netrebko w swoim wystąpieniu przypomniała, że w świecie rozdartym przez pociski, w epoce, w której ludzkie życia stały się jedynie statystyką na mapach sztabów generalskich, gdzie każdego dnia matki opłakują synów, a miasta zamieniają się w pył i gruzowiska, pojawia się pytanie: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla piękna? Gdzie jest przestrzeń dla czystej, niezinstrumentalizowanej ludzkiej emocji, która nie służy żadnej sprawie, żadnej propagandzie, a jedynie jest wołaniem duszy? Odpowiedź, zaskakująco i dobitnie, nadeszła ze sceny Opery w Zurychu, gdzie Anna Netrebko dała występ, który można było odbierać nie tylko uszami, ale także sercem rozdartym przez okrucieństwo naszych czasów. Ten wieczór rozładował gorące, polityczne dyskusje, nie poprzez dyskurs, ale przez surową, bezpośrednią siłę sztuki, która stała się milczącym oskarżeniem przeciwko wszelkiej wojennej zawierusze.

Próba pogrzebania artysty w politycznej trumnie
O Annie Netrebko napisano w ostatnich latach tak wiele, że góra druku mogłaby przygnieść niejedną karierę. To nie były recenzje – to były sądy. Trybunały moralne wydające wyroki zaocznie, geopolityczne diagnozy stawiane z bezpiecznej odległości przez ludzi, którzy nigdy nie stali na scenie, nie czuli tremy i nie próbowali odnaleźć swojego miejsca w świecie, który nagle zażądał, by artyści nosili mundury.

Czasami odnosiło się uporczywe wrażenie, że Netrebko przestała być człowiekiem, a stała się wyłącznie symbolem politycznym, kartą przetargową w globalnym konflikcie, zbudowaną nie ze strun głosowych i ludzkich wątpliwości, lecz z gazetowych nagłówków i potępiających komentarzy. Wydawało się, że jej głos, ten jeden z najcenniejszych instrumentów muzycznych współczesności, miał zostać na zawsze uciszony w imię czystości ideologicznej. Ale tej nocy w Zurychu coś innego miało się wydarzyć.
Zmęczenie światem, który chce nieustannie poprawiać piękno
Gdy światła w Operze w Zurychu powoli zgasły, a sala pogrążyła się w ciszy, można było wyczuć zbiorowe westchnienie ulgi. Była to ulga wynikająca z końca pewnej ery – czasu, w którym operę traktowano jak kolejny serial na platformie streamingowej, który trzeba unowocześnić, dostosować, przekształcić w nośnik słusznych społecznie postulatów. Dość już miał widz dramatycznych koncepcji, w których Królewna Śnieżka staje się emblematem walki klas, a Siedmiu Krasnoludków reprezentuje spektrum tożsamości płciowych, podczas gdy Łowca jest założycielem nowojorskiego startupu. To pedagogiczne korygowanie każdego gestu, każdej nuty, doprowadziło do absurdu, w którym nikt już nie pamięta, kto kogo kocha i dlaczego w ogóle ktokolwiek otwiera usta, by śpiewać. To zmęczenie nieustanną próbą ulepszania świata poprzez przearanżowanie jego scenerii było palące, jak dym po wybuchu. I w tej właśnie przestrzeni, wypełnionej gorzkim pyłem nadmiernej intelektualizacji, pojawiło się antidotum.
Głos, który jest schronieniem przed hukiem bomb
Głos Anny Netrebko tej nocy nie był jedynie dźwiękiem. Był fizyczną, namacalną obecnością. Był barwą, która nie szukała dyskursu, nie prosiła o pozwolenie, nie tłumaczyła się. Po prostu zajmowała przestrzeń, bezgranicznie i bez przeprosin. Istnieje, jak to się czasem mówi w kręgach miłośników opery z nutą żartobliwej powagi, tylko kilka głosów na tym świecie, które trafiają prosto do serca, omijając całkowicie filtr rozumu.

To głos matki śpiewającej kołysankę przestraszonemu dziecku, gdy na zewnątrz wyją syreny. To głos, który można usłyszeć w ruinach, niosący iskrę nadziei. I to jest głos Anny Netrebko, gdy zaczyna śpiewać „Pace, pace, mio Dio” z mocy „Mocy przeznaczenia”. W Zurychu słyszeliście to wszyscy. To był głos, któremu nie trzeba zaprzeczać, który nie wymaga analizy. Pozwoliliście mu się po prostu dziać, jak pozwala się działać promieniom słońca po dniach deszczowych, jak poddaje się bolesnemu, ale uzdrawiającemu opatrunkowi rany. W świecie, gdzie dźwięk eksplozji zagłusza wszystko, ten głos był chwilą ciszy, schronieniem, przypomnieniem, że człowiek jest zdolny do tworzenia, a nie tylko destrukcji.

Bezpośredniość, która odziera z iluzji
Dla tych, którzy lubią roztapiać wszystko w symbolice, którzy każdy akt sztuki chcą widzieć jako manifest polityczny, ten spektakl musiał być rozczarowujący. Nad sceną nie powiewała żadna tęczowa flaga, żadna narodowa bandera, żaden sztandar jakiejkolwiek ze stron konfliktu. Żadna z postaci nie wygłaszała towarzyszącego monologu, wyjaśniającego swoją skomplikowaną tożsamość w oderwaniu od akcji. Nie było tu transformacji w Królewną Śnieżkę, nie było siedmiu politycznie zreinterpretowanych kolektywów górniczych. Zamiast tego, inscenizacja oferowała rzeczywistość, która boleśnie przypominała reportaże wojenne z frontów Ukrainy, Syrii czy Gazy: surowe gruzy, ostre, jaskrawe światło operacyjne, które nie pozostawia tajemnic, krajobraz, w którym każda decyzja pociąga za sobą krwawe, nieodwracalne konsekwencje i nie ma w sobie ani odrobiny taniej, estetyzującej pocieszki. Było to boleśnie bezpośrednie. Niektórzy woleliby może typowe, bezpieczne poczucie dystansu, gdzie przemoc, żal i namiętność są zawsze łagodzone przez nutę ironii, przez poczucie, że “to tylko sztuka”. Tutaj nic nie było łagodzone. Wszystko było poważne, ostateczne i prawdziwe jak wiadomość o śmierci bliskiej osoby.
Wyzwolenie w powadze – sztuka bez instrukcji obsługi
I właśnie ten fakt – ta nieubłagana, surowa powaga – przyniosła pewien rodzaj wyzwolenia. Nie było to głośne, rewolucyjne wyzwolenie, ale ciche, intymne, osobiste. W tej przestrzeni, wykreowanej przez muzykę i głos, można było wreszcie po prostu być. Słuchać. Nie musieć zmieniać pozycji, nie musieć wydawać osądu moralnego, nie musieć opowiadać się po którejkolwiek ze stron. W obliczu tak przytłaczającego piękna i tak głębokiego cierpienia zarazem, wszystkie polityczne podziały zdawały się nagle małe i nieistotne. Sztuka, w swojej najczystszej postaci, stała się strefą zdemilitaryzowaną dla ludzkiego ducha. Pozwoliła na chwilę autentycznego, niezaszufladkowanego odczuwania. Śpiewaczka na scenie sprawiała wrażenie, jakby znała tę emocjonalną przestrzeń od zawsze, jakby wchodziła do domu, który był jej znany, mimo że widziała go po raz pierwszy. Nic w jej wykonaniu nie było podkreślane na siłę, nic nie było wymuszone. Postać, którą tworzyła, rodziła się od wewnątrz, z głębi ludzkiego doświadczenia, a nie z zewnętrznego, wyreżyserowanego gestu.

Sztuka, która po prostu jest – milczący protest przeciwko wojnie
W ten sposób wyłonił się artystyczny wyraz, który nie potrzebował słów, by się wytłumaczyć. Ujawniał się sam przez się, w sposób organiczny i niepowstrzymany. Spektakl dawał czas nie tylko na patrzenie, ale także na słuchanie i – co może najważniejsze – na trwanie w ciszy pomiędzy dźwiękami. To w tych momentach ciszy, wypełnionych echem ostatniej nuty, odzywała się prawda. Sztuka tej nocy w Zurychu broniła się sama. Nie miała zamiaru nikogo przekonywać, nikogo nawracać, nikogo instruować. Po prostu była obecna. I w tej swojej czystej, niezależnej obecności, stała się najpotężniejszym, milczącym protestem przeciwko okrucieństwu wojny. Była dowodem na to, że gdy politycy zawodzą, a armaty grzmią, to właśnie głos ludzki, nieskazitelne piękno, zdolne jest przypomnieć nam, kim jesteśmy i do czego, pomimo wszystko, wciąż dążymy. Była to nie tylko uczta dla uszu, ale balsam na duszę zszarganą codziennymi doniesieniami o śmierci i zniszczeniu.
- Podziel się
