Pacyfistka została prezydentem Irlandii

  • Home
  • Pacyfistka została prezydentem Irlandii
Catherine Connolly podczas przemówienia po wyborze na prezydenta Irlandii

Pacyfistka została prezydentem Irlandii

To coś bardzo nietypowego w ogarniętej szałem wojny i militaryzacji Europie. Nietypowego, ale i optymistycznego, bo świadczy o oporze jaki budzi polityka Unii Europejskiej i najbardziej prowojennych jej członków.

Catherine Connolly to postać dobrze znana w irlandzkim życiu publicznym, choć dotąd pozostawała raczej na marginesie wielkiej polityki. Urodzona w 1956 roku w Galway, z wykształcenia prawniczka i psychoterapeutka, przez wiele lat była radną miejską, a następnie posłanką do Dáil Éireann – irlandzkiego parlamentu. Zasłynęła jako niezależna, konsekwentna obrończyni praw człowieka, przeciwniczka militaryzacji oraz orędowniczka neutralności Irlandii. W kampanii prezydenckiej wystąpiła bez wsparcia głównych partii, stawiając na autentyczność, prostotę przekazu i jedno przesłanie: pokój.

Zaskoczenie, które obiegło świat

Irlandzkie wybory prezydenckie rzadko trafiają na czołówki światowych mediów. Urząd głowy państwa na Zielonej Wyspie jest w dużej mierze ceremonialny, a nazwisko prezydenta zazwyczaj nie elektryzuje opinii publicznej. Tym razem jednak było inaczej. Zwycięstwo 68-letniej Catherine Connolly, pacyfistki i przeciwniczki militaryzacji Europy, odbiło się szerokim echem w całej Unii Europejskiej, w której słowo pokój stało się zakazane, a uzywają go rzekomo tylko “ruskie trolle”.

Connolly od lat krytykowała NATO za „podżeganie do wojny”, sprzeciwiała się zbrojeniom i wzywała do zachowania neutralności Irlandii. W czasie, gdy europejskie rządy coraz mocniej angażują się w politykę wojenną (nazywana dla niepoznaki obronną) i wspólne projekty militarne, jej triumf jest sygnałem, że wielu obywateli nie podziela entuzjazmu Brukseli dla zbrojeń. Wybór Connolly to gest sprzeciwu wobec dominującej narracji o konieczności militarnego umacniania Europy.

Kampania outsiderki

Jej start wydawał się początkowo politycznym marginesem. Kandydatka niezależna, z opinią radykalnej idealistki, długo była lekceważona przez media i sondażownie. Jeszcze kilka miesięcy temu o wiele poważniej traktowano plotki o możliwym starcie muzyka i działacza humanitarnego Boba Geldofa, który dziś twierdzi, że „bez trudu by wygrał”, gdyby się zdecydował.

Connolly zaczynała kampanię jako „czarny koń”, ale szybko zyskała poparcie młodych wyborców i środowisk lewicowych. W końcowej fazie dołączyło do niej również Sinn Féin – partia republikańska opowiadająca się za zjednoczeniem Irlandii. Energiczna kampania, pełna odwołań do tradycji neutralności kraju i społecznej solidarności, pozwoliła jej przejąć inicjatywę.

To właśnie gwałtowny wzrost poparcia dla Connolly zaniepokoił establishment. Brytyjska prasa rozpoczęła alarmującą kampanię medialną, przestrzegając przed „zwycięstwem skrajnej lewicy”. „The Times” pisał o „rosyjskim zagrożeniu” i wzywał Irlandię do większego zaangażowania w obronność Europy. Connolly przedstawiano jako niebezpieczną idealistkę, która „naraża bezpieczeństwo Zachodu”. Jej wypowiedzi o potrzebie pokoju porównywano do „propagandy Kremla”, choć sama polityczka wielokrotnie podkreślała, że nie popiera Rosji, lecz sprzeciwia się wojnie jako takiej.

W miarę zbliżania się wyborów konserwatywne media usiłowały znaleźć w jej przeszłości „dowody prorosyjskości” – przypominając m.in. jej dawne wątpliwości wobec oficjalnej wersji wydarzeń w sprawie otrucia Skripalów w 2018 roku. W rzeczywistości jednak Connolly od lat głosiła te same idee: pacyfizm, neutralność, sprzeciw wobec militaryzmu i obronę niezależności Irlandii od potężnych sojuszy.

W cieniu niepokojów społecznych

Tuż przed wyborami w Dublinie wybuchły gwałtowne zamieszki o podłożu antyimigranckim. Wydarzenia te, zdaniem wielu obserwatorów, mogły być próbą odwrócenia uwagi opinii publicznej od zbliżającego się sukcesu kandydatki pozasystemowej. Policja zwracała uwagę na zaskakującą organizację i brutalność zamieszek, a także na udział osób przybyłych spoza miasta.

Choć w Irlandii nastroje wobec imigrantów są tradycyjnie przyjazne, incydent w stolicy miał wzbudzić lęk i mobilizować prawicowy elektorat. Ten manewr się jednak nie udał. Connolly zdobyła rekordowe 63,4 procent głosów – najwyższy wynik w historii irlandzkich wyborów prezydenckich – przegrywając tylko w jednym okręgu.

Symboliczna rewolucja

Formalnie rola prezydenta Irlandii pozostaje czysto reprezentacyjna. Głowa państwa nie ma prawa weta wobec ustaw parlamentu i musi działać w ramach zaleceń Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Mimo to wybór Connolly wywołał w kraju bezprecedensowe poruszenie.

W swoim pierwszym przemówieniu nowa prezydent ogłosiła: „Będę głosem pokoju, opartym na naszej polityce neutralności”.

To deklaracja, która – choć nie zmieni realnego układu sił – ma silny wydźwięk symboliczny. Pokazuje, że wielu Europejczyków ma dość logiki konfrontacji i chciałoby, by ich przywódcy mówili o pokoju, nie o wojnie.

Nie dziwi więc, że reakcja mediów europejskich była niemal histeryczna. Dla jednych Connolly to niegroźna idealistka. Dla innych – sygnał, że w społeczeństwach Zachodu narasta zmęczenie konfliktem i militarystyczną retoryką, ale i działaniami prowadzącymi do ubożenia zwykłych ludzi. Tak czy inaczej, wybory w Irlandii pokazały, że nawet symboliczny urząd może stać się punktem zapalnym w wielkiej debacie o przyszłości Europy.

  • Podziel się

Jarosław Augustyniak

Dodaj komentarz

Ostatnie komentarze

  1. Obejrzałam pani wypowiedzi na Wbrew Cenzurze a teraz sprawdzam, jak tu działają komentarze.