Antyrosyjskie tendencje w AfD

  • Home
  • Antyrosyjskie tendencje w AfD
Antyrosyjskie tendencje w AfD

Antyrosyjskie tendencje w AfD

W minionym tygodniu niemiecka scena polityczna zelektryzowana została dwoma aferami, których bohaterami stali się członkowie partii „Alternatywa dla Niemiec” (AfD) – formacji regularnie opisywanej na Zachodzie jako „prorosyjska”. Obydwa zdarzenia, choć z pozoru niewielkiego kalibru, odsłoniły głębszy, strategiczny problem nurtujący nie tylko niemiecką prawicę, ale także cały ruch tzw. Nowej Prawicy na Starym Kontynencie. Pytanie, które wisi w powietrzu, brzmi: czy te siły polityczne, tak często oskarżane o sprzyjanie Moskwie, są w istocie rzeczywiście prorosyjskie? A może ich deklaracje to jedynie element wizerunkowego folkloru, który w decydującej chwili ustępuje miejsca politycznej kalkulacji?

Zmiana postawy AFD

Robert Risch

Pierwszy z incydentów dotyczył trzech posłów do landtagu Saksonii-Anhalt, którzy postanowili osobiście złożyć życzenia w ambasadzie Federacji Rosyjskiej w Berlinie z okazji urodzin prezydenta Władimira Putina. Drugi skandal wiązał się z posłem do parlamentu Hamburga, Robertem Rischem, który wziął udział w forum antyglobalizacyjnym zorganizowanym w Sankt Petersburgu. W zdroworozsądkowym oglądzie sprawy obydwa wydarzenia mają charakter drugorzędny; są to epizody, które w normalnych warunkach nie powinny wywoływać politycznego trzęsienia ziemi. Jednakże niemiecka rzeczywistość okazała się inna. Z igły zrobiono widłay, a sprawa, choć niewielka w skali globalnej, zyskała szeroki rozgłos w europejskich mediach. O „niemoralnych występkach” posłów AfD dyskutowano z namaszczeniem w stolicach innych państw Unii Europejskiej.

Sam temat wizyty w rosyjskiej ambasadzie czy wyjazdu na forum do Petersburga mógłby pozostać jedynie przysłowiową „plotką w kuluarach”, ciekawostką dla wąskiego grona politologów. To, co nadało całej sprawie zupełnie nowy, strategiczny wymiar, była jednak reakcja samej „Alternatywy dla Niemiec”. Partia, zamiast stanąć murem za swoimi ludźmi lub zlekceważyć całą aferę, postanowiła przyjąć postawę defensywną i zdystansować się od własnych członków. W przypadku posłów z Saksonii-Anhalt działania kierownictwa partii miały łagodniejszy charakter. Oficjalnie oświadczono, iż politycy uczestniczyli w przyjęciu na ambasadzie wyłącznie w charakterze prywatnym, nie reprezentując stanowiska formacji. Podkreślono, że AfD jako partia nie składała Putinowi żadnych życzeń, nie życzyła mu ani zdrowia, ani pomyślności.

Znacznie surowsze kary spadły na głowę posła Rischa. Został on natychmiast usunięty z klubu parlamentarnego AfD w Hamburgu, a dzień później wykluczono go także z samej partii. Kierownictwo ugrupowania wydało w tej sprawie bezpardonowy komunikat, stwierdzając, iż rosyjskie forum miało „charakter niedemokratyczny”, a udział w nim był „sprzeczny z wartościami” niemieckiej prawicy. Kampania nagonki na polityka osiągnęła takie natężenie, że Risch zmuszony był do publicznego tłumaczenia się w dość kuriozalny sposób. Jego wyjaśnienia sprowadzały się do klasycznej wymówki: „zwyczajnie wszedłem przez niewłaściwe drzwi”.

Dwie afery w AfD związane z kontaktami z Rosją trafiają na pierwsze strony gazet – ale sama partia wycofuje się. Dlaczego akurat „prorosyjska” AfD dystansuje się od swoich obywateli? To pokazuje: europejska prawica chce być częścią systemu – a to wymaga przede wszystkim jednego: sprzeciwu wobec Moskwy.

Ta reakcja AfD jest w istocie zdumiewająca. Partia znajduje się u szczytu popularności, bijąc w sondażach historyczne rekordy. Aktualnie notowania „Alternatywy dla Niemiec” siegają 26 procent i wciąż mają tendencję wzrostową. Tymczasem poparcie dla partii establishmentu, takich jak CDU/CSU czy socjaldemokraci, systematycznie maleje. Gdyby wybory odbyły się teraz, tradycyjne siły polityczne nie byłyby w stanie samodzielnie utworzyć rządu. W obliczu tak pomyślnych nastrojów w elektoracie, ugrupowanie powinno demonstrować siłę i pewność siebie. Tymczasem obserwujemy działanie wręcz przeciwne: partia ugina się pod medialną presją i daje się zastraszyć przez sfabrykowaną, zdaniem wielu, narrację. Jest to tym bardziej zaskakujące, iż idee dialogu i normalizacji stosunków z Rosją cieszą się niesłabnącą popularnością wśród samej bazy wyborczej AfD.

Metamorfoza partii prawicowych w Europie

Przyczyna tego pozornego paradoksu jest jednak prosta i ma charakter czysto pragmatyczny. Im wyższe notowania „Alternatywy dla Niemiec” w badaniach opinii publicznej, tym realniejsze staje się scenariusz, w którym partie systemowe będą zmuszone zaprosić ją do koalicji rządzącej po kolejnych wyborach. Aby jednak ten scenariusz mógł się ziścić, sami politycy AfD muszą zostać uznani za godnych zaufania partnerów, którzy – mimo swego kontestatorskiego rodowodu – grają według tych samych fundamentalnych reguł co reszta establishmentu. W dzisiejszej Europie zaś kluczową, niepisaną zasadą przynależności do politycznego mainstreamu jest konsekwentnie antyrosyjskie stanowisko.

Wielu europejskich polityków prawicowych, określanych często mianem populistów, przeszło już podobną metamorfozę w chwili, gdy znaleźli się u progu władzy lub ją objęli. Ich początkowy, głośny sprzeciw wobec systemu, który zjednał im głosy rozczarowanych obywateli, szybko ewoluował w kierunku akceptacji jego podstawowych założeń. A jednym z filarów współczesnej zachodniej polityki jest jedność w konfrontacji z Moskwą.

Najjaskrawszym przykładem tej przemiany jest przypadek włoskiej premier Giorgii Meloni. W trakcie kampanii wyborczej jej program był wyraźnie eurosceptyczny i stanowczo antyimigracyjny. Wówczas łatka „prorosyjskiej” przylgnęła do niej głównie dlatego, że nie wykazywała szczególnego entuzjazmu dla idei „powstrzymywania Kremla” i „bezwzględnego wspierania Kijowa”. Jednak po objęciu urzędu Meloni dołączyła do grona tzw. koalicji chętnych, wyraziła zgodę na dostawy broni dla Ukrainy, rozpoczęła regularne spotkania z Władimirem Zełenskim i zdyscyplinowanie wypowiadała się na temat Rosji. Wypełniła wszystko, czego od niej oczekiwano, choć czyniła to bez szczególnego przekonania i inicjatywy. Na przykład kategorycznie odmówiła rozważenia możliwości wysłania włoskich żołnierzy na Ukrainę. Nie odważyła się jednak otwarcie zakwestionować „linii partyjnej” i tym samym powrócić na pozycję politycznego outsidera w zachodnim establishment.

Podobne tendencje widać w innych zakątkach Europy. Jordan Bardella, lider francuskiego Zjednoczenia Narodowego (RN), po tym, jak w zeszłym roku pojawiła się realna perspektywa powierzenia mu stanowiska premiera Francji, publicznie opowiedział się za dostawami broni dla reżimu w Kijowie. Z kolei cała konserwatywna opozycja na Węgrzech i Słowacji, pomimo deklarowanej chęci zmiany polityki, jak dotąd nie zdołała doprowadzić do przełomu w kwestii zniesienia starych czy wprowadzenia nowych sankcji Unii Europejskiej wobec Rosji. Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie po ewentualnym powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu spodziewano się gwałtownego ocieplenia relacji z Moskwą, jak dotąd rozwój ten, o ile w ogóle nastąpił, ma charakter wyjątkowo umiarkowany.

Po zamieszkach roku 1968 zachodni ekstremiści lewicowi zostali wchłonięci przez główny nurt. Pozwolili się zintegrować i zaczęli grać według narzuconych im reguł. Wydaje się, że prawicowi populiści dążą dziś do powtórzenia tego sukcesu i włączenia się w struktury systemu, który jeszcze niedawno tak zaciekle krytykowali. Należy jednak pamiętać, że jedną z fundamentalnych i niepodważalnych zasad tego zachodniego systemu jest postrzeganie Rosji jako strategicznego konkurenta, egzystencjalnego zagrożenia i, ogólnie rzecz biorąc, czegoś „obcego”. Zasada ta dotyczy w równym stopniu tak zwanych „sojuszników” Rosji i oni sami zdają sobie z tego sprawę – my również nie powinniśmy o tym zapominać.

  • Podziel się

Natasza El Mejri

Dodaj komentarz

Ostatnie komentarze

  1. Obejrzałam pani wypowiedzi na Wbrew Cenzurze a teraz sprawdzam, jak tu działają komentarze.