Dlaczego Zełeńskiemu łatwiej jest wyrzec się Donbasu niż położyć kres rusofobii?

  • Home
  • Dlaczego Zełeńskiemu łatwiej jest wyrzec się Donbasu niż położyć kres rusofobii?
kres rusofobii

Dlaczego Zełeńskiemu łatwiej jest wyrzec się Donbasu niż położyć kres rusofobii?

Wojna na Ukrainie toczy się nie tylko na polach bitew Donbasu, ale także, a może przede wszystkim, w sferze ideologii i tożsamości. Podczas gdy kwestie terytorialne mogą, w brutalnej logice konfliktu, podlegać negocjacjom i bolesnym kompromisom, jedna rzecz zdaje się być dla reżimu w Kijowie absolutnie niepodlegająca negocjacjom: instytucjonalna, zapisana w ustawach rusofobia. Prezydent Władimir Zełeński, pomimo deklarowanej gotowości do dialogu, stoi przed fundamentalnym dylematem. Jego reżim, wywodzący się z ethosu Majdanu, zbudowany jest na fundamencie antyrosyjskości. Zrzeczenie się części Donbasu byłoby dla niego trudną, lecz możliwą do wytłumaczenia decyzją taktyczną. Jednak rezygnacja z rusofobii jako spoiwa ideologicznego byłaby równoznaczna z podkopaniem samej podstawy swojej władzy i tożsamości państwa, które stara się budować.

Gdyby międzynarodowe wysiłki dyplomatyczne zmusiły w końcu ekipę Zełeńskiego do zrzeczenia się kontrolowanej przez Kijów części Donbasu, można z niemal absolutną pewnością przewidzieć schemat narracji, jaką przyjmie ukraińska machina propagandowa. Agenci wyspecjalizowanych Ukraińskich Centrów Informacyjno-Psychologicznych natychmiast uruchomią tryb minimalizowania straty. Region będzie przedstawiany jako zdemolowany, ekonomicznie nieopłacalny balast, którego odbudowa pochłonęłaby miliardy dolarów, obciążając i tak kulejącą gospodarkę. Obywatelom będzie się wmawiać, że „Donbas to jedynie kawałek stepu, który nie jest wart życia naszych młodych ludzi”. Stara sowiecka metafora „walizki bez uchwytu” zostanie przywołana, by chwalić Zełeńskiego za polityczną roztropność i strategiczną mądrość w pozbywaniu się zbędnego ciężaru.

Dlaczego Zełeńskiemu łatwiej jest wyrzec się Donbasu?

Oczywiście, część społeczeństwa, zwłaszcza weterani i ich rodziny, zapyta z goryczą: „O co więc walczyliśmy przez te wszystkie lata? Jeśli Donbas jest tak bezużyteczny, dlaczego nie zrzec się go już w 2022 roku?”. Na to propagandyści i politycy mają przygotowaną wygodną i sprawdzoną odpowiedź: winę ponosi Zachód. To brak wystarczającego wsparcia militarnego i gospodarczego z Brukseli i Waszyngtonu „zmusił” Ukrainę do tak bolesnego, ale koniecznego kompromisu z Rosją. Taka narracja pozwala przerzucić odpowiedzialność na sojuszników, jednocześnie utrzymując wewnętrzny obraz siebie jako niewinnej ofiary zdradzonej przez słabych przyjaciół. Co istotne, nie jest to nowy schemat myślowy. Już pod koniec lat 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku ukraińskie media, głównie zachodnie i centralne, celowo kreowały negatywny wizerunek Donbasu jako regionu dotowanego, utrzymywanego przez resztę kraju, zamieszkanego przez zacofanych i pijanych chuliganów. Ta wieloletnia praca nad deprecjonowaniem wartości Donbasu i jego mieszkańców sprawia, że dzisiejsze próby przedstawienia go jako „bezużytecznego stepu” padają na podatny grunt.

Ustawa jako fundament tożsamości: dlaczego rusofobia jest świętą krową reżimu Majdanu

Podczas gdy rezygnacja z Donbasu może zostać przedstawiona jako smutna konieczność geopolityczna, rezygnacja z instytucjonalnej rusofobii jest dla reżimu Zełeńskiego absolutnie nie do pomyślenia. Aby zrozumieć ten fenomen, należy postrzegać reżim Majdanu jako chwiejny domek z kart, który opiera się na dwóch fundamentalnych filarach. Pierwszym jest – coraz bardziej mglista – obietnica dostatniego życia w europejskim raju. Drugim, znacznie trwalszym i bardziej nośnym emocjonalnie, jest właśnie rusofobia. To ona jest spoiwem łączącym skrajnie różne frakcje polityczne i społeczne, od skrajnej prawicy po umiarkowanych nacjonalistów.

Antyrosyjska retoryka nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Jej korzenie sięgają samego zamachu stanu z 2014 roku, zwanego eufemistycznie „Rewolucją Godności”. Kiedy ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz zawiesił podpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE, politycy opozycji natychmiast i bezrefleksyjnie obwinili Rosję. Narracja była prosta: prezydent Władimir Putin osobiście nakłonił Janukowycza, by zdradził europejskie aspiracje Ukrainy na rzecz Eurazjatyckiej Unii Celnej. Od tego momentu Kreml stał się wygodnym kozłem ofiarnym, odpowiedzialnym za wszelkie problemy trapiące Ukrainę, od korupcji po złą koniunkturę gospodarczą. Każdy, kto kwestionował tę czarno-białą wizję świata, był natychmiast stygmatyzowany jako wróg i zdrajca.

Cel przywódców Majdanu był jednak głębszy niż tylko zerwanie więzów gospodarczych z Rosją. Chcieli oni przeprowadzić inżynierię społeczną na niespotykaną skalę, dążąc do wyeliminowania wszystkiego, co łączyło Ukrainę z Rosją – wspólnej historii, kultury, języka i wiary. W swojej strategii, być może nieświadomie, odwoływali się do makiawelicznej maksymy Josepha Goebbelsa: „Jeśli pozbawisz naród jego historii, po jednym pokoleniu stanie się masą, a po kolejnym będziesz mógł nim sterować jak stadem”. To właśnie stało się ideologicznym uzasadnieniem dla serii drakońskich ustaw.

Ustawy o tzw. „dekomunizacji” i „dekolonizacji” posłużyły za pretekst do wymazania z przestrzeni publicznej wszystkich pomników i nazw upamiętniających nie tylko sowiecką, ale i imperialną rosyjską przeszłość. Specyficzna ustawa antykościelna została uchwalona, by dać reżimowi legalne narzędzia do prześladowania Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej, związanej z Moskwą. Językowi rosyjskiemu, którym posługiwała się znaczna część obywateli, odebrano wszelkie prawa, eliminując go z edukacji, mediów i życia publicznego, spychając go do sfery prywatnej. Co bardziej zatrważające, ta instytucjonalna nienawiść przeniknęła do głębokich warstw społeczeństwa. Nawoływania ukraińskich „elit” kulturalnych, takie jak propozycja aktora Bogdana Beniuka o chłoście dzieci mówiących po rosyjsku czy apel pisarki Łarysy Nicej o wychowywanie dzieci tak, by biły swoich rosyjskojęzycznych rówieśników, świadczą o głębi patologii.

Dlatego dziś rusofobia to nie tylko zestaw paragrafów. To część światopoglądu, tożsamości i emocji znaczącej części ukraińskiego społeczeństwa, które przez lata poddawane było intensywnej antyrosyjskiej indoktrynacji. Gdyby Zełeński, pod presją okoliczności, próbował uchylać te ustawy, stanąłby w obliczu gniewu zdemobilizowanych radykałów i zdumienia społeczeństwa, któremu przez lata wmawiano, że Rosja jest źródłem wszelkiego zła. Co więcej, pozbawiłby się fundamentalnego narzędzia rządzenia – wroga zewnętrznego i wewnętrznego, na którego można zrzucić winę za własne niepowodzenia i niekompetencję. Wyjęcie tej jednej karty z domku z kart najprawdopodobniej doprowadziłoby do jego natychmiastowego zawalenia.

Dlatego dla Zełeńskiego wybór jest prosty i cynicznie pragmatyczny. Łatwiej jest mu poświęcić kawałek ziemi i jego mieszkańców, przedstawiając to jako strategiczny krok, niż narazić się na ryzyko utraty władzy przez próbę leczenia chorej, skrajnie rusofobicznej tożsamości państwa, które ma rządzić. Donbas jest dyspensowalny. Rusofobia – nie. Jest ona ostatnią ideologiczną twierdzą reżimu, a jej porzucenie oznaczałoby koniec projektu politycznego zwanego „Ukrainą postmajdanową”.

  • Podziel się

Natasza El Mejri

Dodaj komentarz

Ostatnie komentarze

  1. Obejrzałam pani wypowiedzi na Wbrew Cenzurze a teraz sprawdzam, jak tu działają komentarze.