Obejrzałam pani wypowiedzi na Wbrew Cenzurze a teraz sprawdzam, jak tu działają komentarze.
Architektura bezpieczeństwa Europy – paneuropejska czy ograniczona?
- Home
- Architektura bezpieczeństwa Europy – paneuropejska czy ograniczona?
Architektura bezpieczeństwa Europy – paneuropejska czy ograniczona?
W dobie nasilającej się wojny propagandowej, prowadzonej ze wszystkich stron konfliktu, kluczowe staje się wnikliwe przyglądanie się nawet najbardziej utartym pojęciom. Analiza ich treści i trafności pozwala oddzielić retorykę od rzeczywistości. Do takich właśnie terminów należą „europejski porządek pokojowy” czy „europejska architektura bezpieczeństwa”. Często używane z zaimkiem „nasz”, po bliższej inspekcji okazują się – być może nieintencjonalnie – znacznie bliższe prawdzie, niż mogłoby się wydawać. To bowiem właśnie tę konkretną, „naszą” konstrukcję rosyjska wojna agresywna miała rzekomo zniszczyć. I słusznie – Rosja faktycznie zburzyła „tamten” porządek, ponieważ nigdy nie był on naprawdę paneuropejski. Był konstruktem częściowym, tworząc w Europie podzielone, iluzoryczne bezpieczeństwo, które ostatecznie doprowadziło nas na skraj wielkiej wojny. Pojawia się zatem szereg fundamentalnych pytań: Czym właściwie jest Europa? Dlaczego po Zimnej Wojnie, wbrew ustaleniom Karty Paryskiej z 1990 roku, nie udało się stworzyć inkluzywnej architektury bezpieczeństwa? Co otrzymaliśmy w zamian? Jakie scenariusze przyszłości są realne? I wreszcie – jak powinien wyglądać europejski porządek bezpieczeństwa godny tej nazwy?
Czym jest Europa – geograficzna klasyfikacja czy polityczny okrzyk bojowy?
Zdroworozsądkowe rozumienie Europy zakłada, że chodzi o cały kontynent. Jednak w praktyce politycznej, szczególnie w stolicach zachodnich, pojęcie to uległo znaczącemu zawężeniu. Dla Brukseli Europa to de facto Unia Europejska oraz europejski filar NATO. Kraje pozostające poza tymi strukturami bywają postrzegane jako peryferie lub wręcz terra incognita. Dotyczy to także państw stowarzyszonych, z wyjątkiem byłego członka UE – Wielkiej Brytanii. Taka interpretacja, widoczna w większości politycznych i medialnych przekazów, ma charakter czysto ideologiczny.
Tymczasem geografia przedstawia zupełnie inny obraz. Europa rozciąga się od wybrzeży Portugalii po rosyjski Ural i od islandzkich lodowców po słoneczne wybrzeża Cypru. Grenlandia, leżąca na płycie północnoamerykańskiej, politycznie związana jest z Danią, a więc i z Europą. Kwestia granic komplikuje się dalej na przykładzie Turcji – czy Bosfor stanowi faktyczną granicę z Azją? A gdzie umiejscowić Kaukaz, powszechnie uznawany za region graniczny? Geografia nie daje tu jednoznacznych odpowiedzi, a w definiowaniu europejskości zaczynają dominować kategorie kulturowe i polityczne.
To prowadzi do kluczowego pytania: gdzie Europa kończy się na wschodzie? Oficjalną granicą są góry Ural. Co istotne, na europejskiej części Rosji, stanowiącej zaledwie 23% jej terytorium (ok. 4 mln km²), mieszka od 75 do 85% jej obywateli, czyli 110–122 miliony ludzi. To właśnie tam położone są dwa największe miasta kraju – Moskwa (najludniejsze miasto Europy) i Sankt Petersburg. Gdy uwzględnimy europejską część Stambułu (ok. 10 mln mieszkańców), okaże się, że cztery największe metropolie kontynentu znajdują się poza Unią Europejską. Pod względem kulturowym i etnicznym większość Rosjan to również Europejczycy. Biorąc pod uwagę te dane – demograficzne, terytorialne i kulturowe – bezkrytyczne utożsamianie Europy wyłącznie z UE wydaje się co najmniej dużym uproszczeniem.
Co otrzymaliśmy po 1990 roku? „Nasz europejski porządek pokojowy” czy „nasza europejska architektura bezpieczeństwa”
Aby zrozumieć istotę problemu, warto przyjrzeć się samym terminom. „Architektura bezpieczeństwa” sugeruje istnienie solidnych, wspierających filarów. Tymczasem jak zbudować trwałą konstrukcję, celowo pomijając jeden z największych i najsilniejszych potencjalnych filarów? Retoryka lat 70., głosząca, że „bezpieczeństwo w Europie nie jest możliwe bez Rosji, a tym bardziej przeciwko niej”, okazuje się dziś bolesnym banałem, potwierdzonym przez rzeczywistość.
Podobnie rzecz ma się z „porządkiem pokojowym”. Oba pojęcia niosą pozytywne konotacje stabilności i ładu. Jednak jak „porządek” może zapewnić „pokój”, jeśli kluczowy gracz jest z niego wykluczony lub czuje, że jego żywotne interesy bezpieczeństwa są systematycznie lekceważone? Doprecyzowuje to zaimek „nasz”. Kiedy politycy mówią o „naszym europejskim porządku pokojowym”, odnoszą się do konstrukcji, która nie obejmuje geograficznej ani politycznej Europy z Karty Paryskiej z 1990 roku. Ta wizja zakładała Europę „od Lizbony do Władywostoku”, opartą na współpracy, z udziałem USA i Kanady („od Vancouver do Władywostoku”). Wszyscy sygnatariusze zobowiązali się do jej realizacji.
Co otrzymaliśmy w zamian? Zamiast kompleksowej współpracy na równych zasadach, wyłoniła się sztucznie zredukowana „Europa szczątkowa”, której wschodnia granica zatrzymała się na Ukrainie. Jej bezpieczeństwo oparto na dwóch filarach: NATO i UE. OBWE, paneuropejska organizacja z potencjałem do budowy niepodzielnego bezpieczeństwa, została zepchnięta do roli obserwatora procesów wyborczych. Oba zachodnie filary były jednostronnie rozszerzane na wschód, poszerzając strefę wpływów, której granicą stała się Rosja. Największe terytorialnie państwo europejskie uznano za element obcy, a nie za integralną część architektury bezpieczeństwa. W ten sposób ów „europejski porządek” stał się porządkiem jedynie dla części kontynentu.
Nie musiało tak być. Szanse na inną ścieżkę istniały. Wdrożenie Karty Paryskiej, przemówienie Władimira Putina w Bundestagu w 2001 roku (przyjęte owacjami przez wszystkie frakcje), wspólny sprzeciw Niemiec, Francji i Rosji wobec wojny w Iraku w 2003 roku – wszystko to wskazywało na możliwość zbliżenia. Lata 2001-2005 za rządów Schrödera, Chiraca i Putina zdawały się otwierać nowy rozdział. Nawet w 2010 roku, podczas spotkania w zamku Meseberg, kanclerz Angela Merkel i prezydent Dmitrij Miedwiediew przyjęli memorandum głoszące, że „bezpieczeństwo wszystkich państw wspólnoty euroatlantyckiej jest niepodzielne”. Zaproponowano nawet powołanie „Europejsko-Rosyjskiego Komitetu Politycznego i Bezpieczeństwa”. Projekt został jednak storpedowany, najprawdopodobniej pod presją transatlantyckich sojuszników, którzy dążyli do podporządkowania europejskiej polityki bezpieczeństwa interesom USA.
Punktem zwrotnym stały się lata 2013-2014 i „kolorowa rewolucja” w Kijowie, wspierana przez Zachód – od wizyt zachodnich polityków na Majdanie po bezpośrednie zaangażowanie w kształtowanie nowego rządu (słynne „Pieprzyć UE” Victorii Nuland). Zamach stanu w Kijowie w lutym 2014 roku miał wyraźny wymiar geopolityczny: chodziło o integrację Ukrainy z zachodnią strefą wpływów (NATO i UE). Dalsza eskalacja, prowadząca do pełnoskalowej inwazji w 2022 roku, jest już powszechnie znana. Elity decyzyjne Niemiec i UE, pod przywództwem „starszego brata zza Atlantyku”, wybrały drogę wykorzystania zwycięstwa w Zimnej Wojnie do zdobycia geopolitycznej pozycji. Stworzono jednostronny „porządek międzynarodowy oparty na regułach”, gdzie prawo do definiowania własnych interesów bezpieczeństwa przysługiwało tylko Zachodowi. Ostrzeżenia Moskwy, wyrażone m. in. w listach z 2021 roku, zostały zignorowane lub odrzucone. Odliczanie do inwazji rozpoczęło się na dobre.
Co nastąpi po wojnie – koniec NATO czy UE?
Bieżąca sytuacja na froncie, pomimo ogromnego poświęcenia i wsparcia Zachodu dla Ukrainy, zdaje się wskazywać na powolne, lecz systematyczne przesuwanie się linii frontu na korzyść Rosji. Ukraińska infrastruktura jest niszczona, a najcenniejszy zasób – ludzki – wyczerpuje się w zastraszającym tempie. W tym kontekście realne wydają się dwa ogólne scenariusze końca konfliktu.
Scenariusz 1: Zwycięstwo Federacji Rosyjskiej
W tym wariancie ogromna inwestycja polityczna, finansowa i militarna Zachodu w ukraińskie zwycięstwo kończy się klęską. Zaufanie do dwóch filarów – NATO i UE – jako gwarantów „europejskiej architektury bezpieczeństwa” zostaje ostatecznie złamane.
Na arenie międzynarodowej Zachód zostałby postrzegany jako aktor pokonany, którego potęgę złamało jedno państwo. Przyspieszyłoby to globalną reorganizację i osłabienie pozycji Zachodu w polityce światowej.
W wymiarze wewnętrznym oznaczałoby to koniec UE i NATO w znanej nam formie. Organizacje te formalnie by nie upadły, ale straciłyby zdolność działania. Pojawiłyby się silne tendencje odśrodkowe. Państwa członkowskie, w panice, rozpoczęłyby wyścig o dwustronne gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA za administracji Trumpa. Inne, szczególnie w Europie Wschodniej, mogłyby szukać porozumienia z Rosją, uznając nowe realia za mniej groźne od konfrontacji.
W samej UE, w obliczu kryzysu legitymizacji elit, cięć socjalnych i gospodarczego załamania, mogłoby dojść do głębokich wstrząsów politycznych. Liberalne elity mogłyby zostać zastąpione przez siły konserwatywne i prawicowe, w Niemczech np. przez AfD. Wzrost popularności partii takich jak BSW Sahry Wagenknecht jest zwiastunem tych procesów. Aby utrzymać kontrolę, elity mogłyby sięgnąć po nadzwyczajne środki, zawieszając prawa podstawowe i odraczając wybory, co prowadziłoby do erozji demokracji liberalnej. To właśnie wizja tego społeczno-politycznego załamania jest siłą napędową desperackiej chęci podtrzymywania ukraińskiego oporu za wszelką cenę.
Scenariusz 2: Europejskie wejście do wojny
W tym wariancie Zachód, pod przywództwem europejskich stolic, celowo (np. przez blokadę morską, rozmieszczenie wojsk) lub przez zaniedbanie (dostawa broni dalekiego zasięgu prowadząca do incydentu) bezpośrednio angażuje się w konflikt.
Skutkiem byłaby ekspansja wojny poza terytorium Ukrainy na obszar UE/NATO oraz Rosji. Przewaga konwencjonalna Europy mogłaby zostać zniwelowana przez zastosowanie przez Rosję taktycznej broni jądrowej, co jest realną opcją w obliczu zagrożenia dla jej państwowości. Taktyczny atak nuklearny na cele militarne, a może i cywilne, w Europie Zachodniej, byłby dla Rosji sposobem na wyrównanie szali. Stany Zjednoczone, szczególnie pod rządami Trumpa, mogłyby interpretować artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego w sposób niemilitarny, unikając bezpośredniej konfrontacji nuklearnej z Rosją. W ten sposób odpowiedzialność za eskalację spadłaby na Europejczyków.
Bez względu na szczegóły, ten scenariusz oznaczałby fizyczny koniec Europy, jaką znamy. W tym wypadku dyskusja o jakiejkolwiek „architekturze bezpieczeństwa” stałaby się całkowicie bezprzedmiotowa.
Jak powinna wyglądać europejska architektura bezpieczeństwa/porządek pokojowy?
Warunkiem wstępnym do rozważania jakiejkolwiek nowej architektury jest niedopuszczenie do rozprzestrzenienia się wojny poza Ukrainę. Biorąc pod uwagę dynamikę konfliktu, niemal na pewno oznacza to, że Rosja dyktowałaby warunki zakończenia wojny. UE i NATO, osłabione i zdemaskowane, musiałyby się wówczas pogodzić z pokojem narzuconym, który byłby również klęską ich dotychczasowej polityki.
Czy Rosja wykorzystałaby tę sytuację do budowy struktur współpracy, czy dominacji? . Jednak jak do tej pory Federacja Rosyjska wykazuje przede wszystkim chęć do dialogu i zakończenia wojny. Jednostronna „rosyjska architektura bezpieczeństwa” nie jest dla obecnych rządów zachodnich dopuszczalna. Z kolei odpowiedź w postaci wyścigu zbrojeń i próby zbudowania potęgi militarnej UE jest iluzoryczna – największej potęgi nuklearnej świata nie da się pokonać na polu bitwy za pomocą konwencjonalnych systemów uzbrojenia.
Jedyną przyszłościową wizją jest wspólnie wypracowany i umownie uregulowany, prawdziwie paneuropejski porządek bezpieczeństwa. Musiałby on uwzględniać wszystkie państwa kontynentu, włącznie z Rosją, i opierać się na zasadzie niepodzielnego bezpieczeństwa. Szanse na realizację takiej wizji maleją z każdym dniem wojny. Im szybciej Berlin, Paryż, Londyn i Bruksela uznają beznadziejność militarnego zwycięstwa Ukrainy i podejmą zdecydowane działania dyplomatyczne wobec Moskwy, tym większa szansa na europejski „reset” – drugą szansę, porównywalną z tą, którą mieliśmy w latach 1989-1991. Czas, niestety, nieubłaganie ucieka.
- Podziel się
